Nastąpił szybki przeskok z jesiennej aury na zimową. Na tak nagłą zmianę warunków atmosferycznych nie byłyśmy przygotowane, w znaczeniu że kremu na zimę nie miałyśmy ;) cała reszta czyli kombinezony, czapki, rękawice i buty zawsze cierpliwie czekają w szafie na śniegi i mrozy.
Pierwszy spacer w tegorocznym listopadowym śniegu zakończył się bardzo rumianymi polikami, których kolor nabierał na intensywności gdy wróciłyśmy do ciepłego domu, a całe to nieprzyjemne uczucie na twarzy przez to, że niczym się nie nakremowałyśmy.
Zdecydowałam się więc zrobić krem, taki na zimę, żeby lżej było naszej skórze znosić wypady na mróz. Robienie kremu brzmi dość poważnie, ale jest to banalnie proste. My cztery w razie konieczności używamy, oleju kokosowego, masła shea, masła kakaowego, oleju arganowego, z migdałów, z kminku (dużo tego mamy :P )... i wszystkiego w prostej postaci bez mieszania. Masła są dość trudne do rozsmarowania tak na szybko, stąd pomysł pomieszania maseł z olejami, aby konsystencja ich była łatwiejsza w użyciu i bardziej kremowa. Przy trójce małych dzieci nawet najmniejsze ułatwienie jest na wagę złota.